Connect with us

Hodowca i Jeździec

Siostry Kubańskie

Hodowla

Siostry Kubańskie

Dwie pięk­ne dziew­czy­ny powo­żą­ce ślą­ską kla­czą Klara zaprzę­żo­ną do petit-duc z 1890 r., w urze­ka­ją­cych stro­jach z epo­ki – ten obraz łapie za ser­ce i na dłu­go pozo­sta­je w pamię­ci. Te damy jed­nak to przede wszyst­kim praw­dzi­we wizjo­ner­ki, tyta­ny pra­cy i cha­ry­zma­tycz­ne kobie­ty, któ­re porwa­ły powo­że­niow­ców ama­to­rów, by w przy­ja­znej atmos­fe­rze zaczę­li rywa­li­zo­wać ze sobą w ramach Dolnośląskiej Amatorskiej Ligi Zaprzęgowej.

Z Justyną i Karoliną Kubańskimi roz­ma­wia Ewa Jakubowska

Dlaczego powo­że­nie?

Justyna Kubańska: – W naszej karie­rze jeź­dziec­kiej zetknę­ły­śmy się z wie­lo­ma dys­cy­pli­na­mi –ujeż­dże­nie, wol­ty­żer­ka, sko­ki przez prze­szko­dy, raj­dy dłu­go­dy­stan­so­we – w któ­rych odno­si­ły­śmy więk­sze i mniej­sze suk­ce­sy. Z powo­że­niem zwią­za­ły­śmy się jesie­nią 2013 r. Nasze kla­cze Klara (Aron I – Karina Turkusowa po Turkus) i Karmela (Arsen – Karmen po Szwadron) hodow­li Rudolfa Plicha to konie rasy ślą­skiej, któ­ra naj­le­piej spraw­dza się w spo­rcie zaprzę­go­wym. Dlatego posta­no­wi­ły­śmy spró­bo­wać swo­ich sił w tej dys­cy­pli­nie, przy­ucza­jąc je do pra­cy w brycz­ce. Zarówno dla naszych kla­czy, jak i dla nas było to cał­ko­wi­cie nowe doświad­cze­nie. Mimo to konie bar­dzo szyb­ko zaczę­ły czer­pać więk­szą przy­jem­ność z pra­cy w brycz­ce niż pod sio­dłem, my zresz­tą też (śmiech). Podstawy powo­że­nia pozna­ły­śmy dzię­ki tre­nin­gom z Pawłem Mazurkiem, póź­niej z Czesławem Koniecznym, któ­rzy prze­ka­za­li nam bar­dzo cen­ne wska­zów­ki i ustrze­gli przed błę­da­mi. Mimo jesz­cze dość małe­go doświad­cze­nia zde­cy­do­wa­ły­śmy się wystar­to­wać w towa­rzy­skich zawo­dach orga­ni­zo­wa­nych przez SO Książ na począt­ku 2014 r. Pierwsza rywa­li­za­cja i pierw­sze suk­ce­sy, bo dwa razy z rzę­du uda­ło się sta­nąć na podium. W tym samym cza­sie two­rzy­ła się już nasza Dolnośląska Amatorska Liga Zaprzęgowa (DALZ), w któ­rej rów­nież bra­ły­śmy udział. Chciałyśmy jak naj­wię­cej star­to­wać, aby nabie­rać wpra­wy i zdo­by­wać doświad­cze­nie. Dlatego szu­ka­ły­śmy, gdzie i kie­dy roz­gry­wa­ne są jakie­kol­wiek zawo­dy, w któ­rych mogły­by­śmy wystar­to­wać.

Karolina Kubańska: – Nasz pierw­szy sezon zaprzę­go­wy był bar­dzo uda­ny. Biorąc udział we wszyst­kich roz­gryw­kach ligi, zwy­cię­ży­ły­śmy w I edy­cji DALZ 2014 w kat. sin­gli, a zamknę­ły­śmy go star­tem w naszych pierw­szych zawo­dach kra­jo­wych w Morawie k. Strzegomia, gdzie w kla­sie L open zaję­ły­śmy III miej­sce. W kolej­nych latach też były mniej­sze i więk­sze suk­ce­sy. W 2015 r. w II edy­cji DALZ utrzy­my­wa­ły­śmy się na czo­ło­wych miej­scach. W zawo­dach kra­jo­wych w Siedlcu Trzebnickim w kla­sie L1 zaję­ły­śmy IV miej­sce mło­dą 4-let­nią kl. Rusałka śl. (Basior – Rebelia po Evento; hod. Jarosława Białkowskiego, wł. Przemysława Podkówki). Klacz tę przez cały sezon przy­go­to­wy­wa­ły­śmy do Mistrzostw Polski Młodych Koni w powo­że­niu w Morawie, któ­re zakoń­czy­ły się dużym suk­ce­sem – Rusałka zdo­by­ła tytuł II wice­mi­strza Polski mło­dych koni w swo­jej kate­go­rii. Piękna, ramo­wa klacz o wspa­nia­łym cha­rak­te­rze i nie­sa­mo­wi­tym ser­cu do wal­ki – szko­da, że był to nasz jedy­ny wspól­ny sezon. Rok 2016 to VI miej­sce w kolej­nych MPMK w powo­że­niu, tym razem wała­chem Leon śl. (Impuls – La Toya po Bohun; hod. Wojciecha Posmyka, wł. Dariusza Śmichury). Największym suk­ce­sem zeszłe­go roku był debiut Klary w zawo­dach kra­jo­wych w Siedlcu Trzebnickim i jej V miej­sce w kla­sie L1.

A dla­cze­go powo­że­nie tra­dy­cyj­ne?

K.K.: – Od dziec­ka naj­bliż­szy nasze­mu ser­cu był Książ. Jego histo­ria, archi­tek­tu­ra i prze­pięk­ne poło­że­nie zam­ku i sta­da ogie­rów two­rzą magicz­ny kli­mat. Zawsze inspi­ro­wa­ły nas lata, kie­dy konie były środ­kiem loko­mo­cji, a kon­kur­sy tra­dy­cji są swe­go rodza­ju wehi­ku­łem cza­su, któ­ry prze­no­si nas do innej epo­ki. Dlatego nie było innej moż­li­wo­ści jak wzię­cie udzia­łu w II Międzynarodowym Konkursie Tradycyjnego Powożenia im. Księżnej Daisy von Pless w Książu, któ­ry wów­czas orga­ni­zo­wa­li Tadeusz Kołacz, Krzysztof Szuster, Marek Doruch i obec­ny zarząd Polskiego Towarzystwa Powozowego. Był tyl­ko jeden mały pro­blem – nie mia­ły­śmy brycz­ki (śmiech), ale prze­cież dla chcą­ce­go nic trud­ne­go. Summa sum­ma­rum uru­cho­mi­ły­śmy swo­je świe­że zaprzę­go­we zna­jo­mo­ści i dzię­ki życz­li­wym oso­bom (Zbigniew Frankiewicz i Krzysztof Szczepaniak – Powozy Konne Aron) na tydzień przed kon­kur­sem uda­ło się poży­czyć pięk­ną, jesio­no­wą brycz­kę typu klapp-bre­ak. Niewiele cza­su zosta­ło na przy­go­to­wa­nie stro­jów – w tej kwe­stii bar­dzo pomo­gli nam Małgorzata i Marek Doruchowie, któ­rzy zaj­mu­ją się facho­wą reno­wa­cją powo­zów i z powo­dze­niem star­tu­ją w kon­kur­sach tra­dy­cji w Europie. Udzielili nam cen­nych wska­zó­wek co do sty­lu i kolo­ry­sty­ki ubio­ru, któ­ry musiał być dopa­so­wa­ny do typu powo­zu. No i zaczę­ła się zaba­wa z ciusz­ka­mi (śmiech). Dużym wspar­ciem w kom­ple­to­wa­niu i osta­tecz­nym wybo­rze poszcze­gól­nych czę­ści gar­de­ro­by była nasza mama, dla któ­rej udział w tym kon­kur­sie rów­nież był prze­ży­ciem. Efekt był zado­wa­la­ją­cy, bo w połą­cze­niu z całym zaprzę­giem w kon­kur­sie pre­zen­ta­cji zaję­ły­śmy II miej­sce.

J.K.: – Tradycyjne powo­że­nie to alter­na­ty­wa dla spor­tu zaprzę­go­we­go, szcze­gól­nie dla osób, któ­re nie potrze­bu­ją nad­mier­nej adre­na­li­ny. Celem kon­kur­sów jest pie­lę­gno­wa­nie sztu­ki powo­że­nia histo­rycz­ny­mi powo­za­mi i oce­na umie­jęt­no­ści powo­że­nia. Podobnie jak w zawo­dach wyczy­no­wych kon­kur­sy tra­dy­cji skła­da­ją się z trzech prób: A – pre­zen­ta­cja, B – tra­sa w tere­nie, C – spraw­dzian zręcz­no­ści. Jednak w prze­ci­wień­stwie do spor­tu tra­dy­cja wyma­ga jedy­nie opty­mal­ne­go przy­go­to­wa­nia konia i powo­żą­ce­go. Zadania, jakie przed nimi sto­ją w pró­bie tere­no­wej czy zręcz­no­ści, są dosto­so­wa­ne do histo­rycz­nych powo­zów i mają na celu kul­ty­wo­wa­nie sztu­ki powo­że­nia.

K.K.: – Konkursy tra­dy­cyj­ne­go powo­że­nia to przede wszyst­kim spo­tka­nia towa­rzy­skie ludzi, któ­rych pasją są konie, powo­zy z epo­ki i miej­sca z duszą. Dlatego dołą­czy­ły­śmy do tego gro­na i z powo­dze­niem star­tu­je­my w kon­kur­sach roz­gry­wa­nych w Polsce i za gra­ni­cą. Dotychczas wzię­ły­śmy udział w pię­ciu kon­kur­sach, w któ­rych uda­ło nam się zająć nastę­pu­ją­ce miej­sca – IV w kat. sin­gle w II MKTP im. Księżnej Daisy von Pless w Książu (2014), VIII w kat. pary w III MKTP w Książu (2015), II w kat. sin­gle w I MKTP o Trofeum „Śląska” w Koszęcinie (2015), IV w kat. sin­gle w II MKTP w Koszęcinie (2016), a za gra­ni­cą w jubi­le­uszo­wym XX MKTP (2016) w Cuts we Francji – 17 miej­sce w kat. sin­gle.

Dżentelmeni nie roz­ma­wia­ją o pie­nią­dzach, ale damy w pew­nych warun­kach mogą o tym pody­sku­to­wać. Historyczny zaprzęg, stro­je, oczy­wi­ście koń… Czy to wyma­ga ekwi­li­bry­sty­ki finan­so­wej? Jak sobie z tym radzi­cie?

J.K.: – Nie da się ukryć, że powo­że­nie jest naj­droż­szą dys­cy­pli­ną jeź­dziec­ką. Sprzęt, powo­zy, odpo­wied­ni trans­port – to wszyst­ko wią­że się z nie­ma­ły­mi kosz­ta­mi, nawet na pozio­mie ama­tor­skim. Oczywiście, w mia­rę jak rośnie ape­tyt, kosz­ty rów­nież idą w górę. My jed­nak sobie z tym radzi­my, mając już więk­szość wypo­sa­że­nia, a co naj­waż­niej­sze – swo­je konie. Brakuje nam tyl­ko wła­snej brycz­ki, użyt­ku­je­my poży­czo­ną – to ponoć przy­no­si szczę­ście.

Przez pierw­sze dwa lata naszej przy­go­dy z zaprzę­ga­mi mogły­śmy liczyć na wspar­cie ośrod­ka – SK Szymanów Henryka Podkówki – w któ­rym wów­czas trzy­ma­ły­śmy i tre­no­wa­ły­śmy swo­je konie. Szybko zało­ży­ły­śmy klub jeź­dziec­ki, stwo­rzy­ły­śmy logo, stro­nę inter­ne­to­wą, zapro­jek­to­wa­ły­śmy rekla­mę na przy­cze­pach, skom­ple­to­wa­ły­śmy odzież klu­bo­wą, „obu­dzi­ły­śmy” face­bo­oka stad­ni­ny. Zajęłyśmy się pro­mo­cją klu­bu i ośrod­ka, orga­ni­zu­jąc róż­ne­go rodza­ju kur­sy, szko­le­nia (we współ­pra­cy z Dolnośląskim Związkiem Hodowców Koni we Wrocławiu) oraz poka­zy zaprzę­go­we na naj­waż­niej­szych impre­zach hodow­la­nych w regio­nie i star­tu­jąc w zawo­dach. Zorganizowałyśmy egza­min na Brązową Odznakę w Powożeniu. W zamian za to zaan­ga­żo­wa­nie kosz­ty zwią­za­ne z naszym udzia­łem w zawo­dach pokry­wał klub.

K.K.: – Od dwóch lat wspie­ra nas gmi­na – Ząbkowice Śląskie Miasto Krzywej Wieży – z któ­rej pocho­dzi­my i któ­rą repre­zen­tu­je­my w spo­rcie zaprzę­go­wym. Przez ten okres mogły­śmy liczyć na życz­li­wość wie­lu osób, m.in. Pawła Mazurka, któ­ry uży­czył nam swo­jej brycz­ki, Małgorzaty i Marka Doruchów – uży­cza­li nam przy­czep­ki do trans­por­tu bry­czek, Mirosława Górnego – udo­stęp­niał nam przy­cze­pę dla koni. Historyczne powo­zy udo­stęp­nia­li nam Krzysztof Szuster, Tadeusz Kołacz i Tomasz Stelmach – to dzię­ki nim mogły­śmy dawać poka­zy i star­to­wać w kon­kur­sach tra­dy­cji. Wielkie sło­wa uzna­nia nale­żą się Agnieszce i Jackowi Jantoniom, któ­rzy zapew­ni­li nam i naszej kla­czy pro­fe­sjo­nal­ny trans­port na XX MKTP w Cuts – tym samym speł­ni­ło się nasze marze­nie o repre­zen­to­wa­niu Polski na are­nie mię­dzy­na­ro­do­wej. Jacek udo­stęp­nił nam też konia z powo­zem, któ­rym wystar­to­wa­ły­śmy w II MKTP w Koszęcinie.

W naj­więk­szych zma­ga­niach zawsze jest z nami nasza nie­za­stą­pio­na pomoc – Agnieszka Stafin, któ­rej przy­jaź­ni i zaan­ga­żo­wa­nia nie da się zmie­rzyć żad­ną mia­rą. Agnieszkę dzie­li od nas aż 1000 km, ale dla niej to żad­na odle­głość, kie­dy przy­ja­ciół­ki są w potrze­bie (śmiech). To jest nasz top luzak!

Cztery lata temu wpa­dły­ście na pomysł zor­ga­ni­zo­wa­nia ama­tor­skiej ligi zaprzę­go­wej na Dolnym Śląsku. Skąd pomysł? Co was zain­spi­ro­wa­ło?

K.K.: – Inspiracją był Michał Jabłoński, wice­pre­zes Koła Terenowego Jelenia Góra. Poznaliśmy się na począt­ku 2014 r. i nawią­za­li­śmy faj­ny kon­takt – roz­mo­wy o koniach, powo­że­niu, zawo­dach ama­tor­skich, któ­re Michał orga­ni­zo­wał w Starej Kamienicy przez 10 lat. Zasugerował nam stwo­rze­nie cyklu zawo­dów zakoń­czo­nych fina­łem i roz­gry­wa­nych na tere­nie Dolnego Śląska. Tym spo­so­bem pod­ję­ły­śmy wyzwa­nie zor­ga­ni­zo­wa­nia takiej impre­zy.

J.K.: – Wybrałyśmy ośrod­ki jeź­dziec­kie, któ­re w naszej opi­nii dys­po­no­wa­ły odpo­wied­nim tere­nem oraz infra­struk­tu­rą i zapro­si­ły­śmy wła­ści­cie­li do pod­ję­cia współ­pra­cy – SO Książ, Michał Jabłoński – Stajnia Eskorta Stara Kamienica, Krzysztof Leszczyński – Folwark Leszczynówka Budzów Kolonia i SK Szymanów, w któ­rej ówcze­śnie sta­cjo­no­wa­ły­śmy z naszy­mi koń­mi. Po kon­sul­ta­cjach, spo­tka­niach, m.in. z Pawłem Mazurkiem, Moniką Słowik i Czesławem Koniecznym, stwo­rzy­li­śmy wspól­nie nazwę naszej impre­zy – Dolnośląska Amatorska Liga Zaprzęgowa, w skró­cie DALZ. Rok póź­niej dołą­czył do nas jesz­cze jeden part­ner – Tomasz Stelmach i jego ośro­dek Stajnia Agro-Podkówka Świdnik.

Na czym pole­ga DALZ?

K.K.: – To cykl imprez spor­to­wo-hodow­la­nych roz­gry­wa­nych pod patro­na­tem DZHK we Wrocławiu. Regulamin ligi opar­ły­śmy na prze­pi­sach roz­gry­wa­nia zawo­dów kra­jo­wych w powo­że­niu oraz doda­ły­śmy zapi­sy, któ­re zro­dzi­ły się w trak­cie roz­gry­wek. Dzięki temu liga jest bar­dzo ela­stycz­na i otwar­ta wobec uczest­ni­ków i nowych sytu­acji, któ­re się poja­wia­ją. Cały czas ewo­lu­uje. Wprowadziłyśmy trzy kate­go­rie zaprzę­gów – sin­gle i pary dla dużych koni oraz sin­gle dla kuców. Każda edy­cja ligi skła­da się z trzech eli­mi­na­cji roz­gry­wa­nych w sys­te­mie jed­no­dnio­wym i fina­łu, któ­ry ze wzglę­du na swo­ją ran­gę trwa dwa dni. Wszystkie roz­gryw­ki DALZ to trzy kon­kur­sy – ujeż­dże­nie, mara­ton oraz zręcz­ność. Próba ujeż­dże­nia to pro­gram naj­niż­szej kla­sy L, jaki obo­wią­zu­je na MPMK w powo­że­niu w kate­go­rii koni 4-let­nich i na zawo­dach kra­jo­wych. W mara­to­nie na dystan­sie od 2 do 4 km do poko­na­nia jest 4 – 5 prze­szkód. Na każ­dej z nich zawod­ni­cy mają do prze­je­cha­nia 4 bram­ki od A do D w eli­mi­na­cji oraz 5 bra­mek od A do E w fina­le. Konkurs zręcz­no­ści skła­da się z 12 – 19 bra­mek o sze­ro­ko­ści (roz­staw kegli) +40 cm wzglę­dem tyl­nej osi brycz­ki w kon­kur­sach eli­mi­na­cyj­nych, a w fina­le +30 cm. Podczas każ­dej roz­gryw­ki uczest­ni­cy zbie­ra­ją punk­ty boni­fi­ka­cyj­ne zgod­nie z zaję­tym miej­scem, a na koniec w poszcze­gól­nych kate­go­riach zosta­ją wyło­nie­ni zwy­cięz­cy edy­cji, któ­rym uda­ło się zgro­ma­dzić naj­więk­szą licz­bę punk­tów.

Wykonałyście wiel­ką pra­cę, porwa­ły­ście ludzi do uczest­nic­twa, już od czte­rech lat z powo­dze­niem orga­ni­zu­je­cie kolej­ne edy­cje DALZ. Czy trud­no ludzi zachę­cić do takiej aktyw­no­ści?

K.K.: – Nigdy nie zasta­na­wia­ły­śmy się, czy coś jest trud­ne czy nie, póki nie spró­bo­wa­ły­śmy. Gdy zaczy­na­ły­śmy ligę, nie mia­ły­śmy momen­tu zawa­ha­nia, że coś może się nie udać. Zaprzęgi tak nas zafa­scy­no­wa­ły, że całą radość z tego spor­tu i zapał prze­le­wa­my na oto­cze­nie. Jednym sło­wem sta­ra­my się zara­żać innych, by zła­pa­li zaprzę­go­we­go bak­cy­la. I wie­lo­krot­nie to się nam uda­ło. Liczymy, że w wkrót­ce kolej­ne oso­by dołą­czą do naszej ligi.

J.K.: – Mówi się, że począt­ki zawsze są trud­ne. W przy­pad­ku DALZ to się nie spraw­dzi­ło. Liga dzia­ła jak magnes – bar­dzo szyb­ko przy­cią­gnę­ła pasjo­na­tów spor­tu zaprzę­go­we­go z Dolnego Śląska i nie tyl­ko, któ­rzy naj­wy­raź­niej cze­ka­li na taką impre­zę. Brak zawo­dów ama­tor­skich w naszym regio­nie ogra­ni­czał moż­li­wo­ści roz­wo­ju w tej dzie­dzi­nie. Liga tę lukę wypeł­ni­ła. Wszyscy uczest­ni­cy czer­pią dużą przy­jem­ność z udzia­łu i potra­fią napraw­dę świet­nie się bawić. Oni po pro­stu chcą być aktyw­ni spor­to­wo. DALZ jest dla nich ide­al­ną odskocz­nią i spo­so­bem na łado­wa­nie aku­mu­la­to­rów.

Wyzwanie orga­ni­za­cyj­ne? Kto was wspo­ma­ga?

K.K.: – Najwięcej pra­cy było na samym począt­ku pod­czas orga­ni­za­cji I edy­cji DALZ 2014. Wszystko zaczę­ło się od spo­tka­nia z part­ne­ra­mi, na któ­rym uło­ży­li­śmy kalen­darz roz­gry­wa­nia poszcze­gól­nych eli­mi­na­cji oraz fina­łu. Kolejne eta­py pozwo­li­ły nam roz­wi­nąć skrzy­dła – pro­jek­to­wa­nie logo, two­rze­nie regu­la­mi­nu, pla­ka­tów, fanpage’a na Facebooku, pozy­ski­wa­nie pierw­szych spon­so­rów i patro­na­tów – jed­nym sło­wem czu­ły­śmy się jak ryby w wodzie. Oprócz SO Książ pozo­sta­łe ośrod­ki musia­ły od pod­staw zbu­do­wać prze­szko­dy mara­to­no­we, któ­re zapro­jek­to­wał nam Paweł Mazurek. Było to naj­więk­sze wyzwa­nie orga­ni­za­cyj­ne dla każ­de­go gospo­da­rza. My były­śmy odpo­wie­dzial­ne za przy­go­to­wa­nie ówcze­sne­go ośrod­ka – SK Szymanów. W cią­gu dwóch dni wraz z kil­ko­ma oso­ba­mi zbu­do­wa­ły­śmy wła­sno­ręcz­nie 4 prze­szko­dy mara­to­no­we – jest co wspo­mi­nać (śmiech). Po zre­ali­zo­wa­niu tego zada­nia wie­dzia­ły­śmy już, że pora­dzi­my sobie ze wszyst­kim i nie ma dla nas rze­czy nie­moż­li­wych.

J.K.: – Przygotowanie każ­dej eli­mi­na­cji przez te wszyst­kie lata było wyzwa­niem i do dziś nic się nie zmie­ni­ło poza tym, że pra­cy jest coraz wię­cej, bo impre­za cały czas się roz­wi­ja, gro­no uczest­ni­ków powięk­sza, uda­je nam się zapro­sić do współ­pra­cy kolej­nych spon­so­rów, do tego bar­dziej pre­cy­zyj­ny mar­ke­ting i opra­wa medial­na. Na co dzień pra­cu­je­my zawo­do­wo, w wol­nej chwi­li tre­nu­je­my swo­je konie i żeby tę codzien­ność pogo­dzić z DALZ, czę­sto sie­dzi­my do póź­nych godzin. Do tego star­tu­je­my jesz­cze w naszej lidze, ale cza­sa­mi nie­ste­ty musi­my zre­zy­gno­wać z tej przy­jem­no­ści, aby poświę­cić się orga­ni­za­cji i pro­wa­dze­niu poszcze­gól­nych eli­mi­na­cji. Partnerzy są odpo­wie­dzial­ni za przy­go­to­wa­nie swo­ich ośrod­ków – bok­sów, hipo­dro­mów, bazy noc­le­go­wej, wyży­wie­nia. My odpo­wia­da­my za całą resz­tę, czy­li mar­ke­ting, nagro­dy, biu­ro zawo­dów, wyni­ki, zapro­sze­nia dla spon­so­rów, któ­rych bane­ry roz­wie­sza­my oso­bi­ście, cza­sa­mi już przy świe­tle księ­ży­ca (śmiech). Jak wspo­mi­na­ły­śmy, cały czas może­my liczyć na wspar­cie Pawła Mazurka, Czesława Koniecznego, Moniki Słowik czy Beaty Kapicy – ich wie­dza i doświad­cze­nie są bez­cen­ne. Projekt DALZ ist­nie­je dzię­ki oso­bom, któ­re tak jak my zła­pa­ły zaprzę­go­we­go bak­cy­la i chcą roz­wi­jać powo­że­nie.

Czy DALZ to wyłącz­nie impre­za spor­to­wa?

J.K.: – Jak wspo­mnia­ły­śmy, DALZ łączy odro­bi­nę spor­to­wej rywa­li­za­cji z moż­li­wo­ścią spraw­dze­nia swo­je­go mate­ria­łu hodow­la­ne­go pod kątem użyt­ko­wym – w tym przy­pad­ku zaprzę­go­wym. Zależy nam, aby hodow­cy i wła­ści­cie­le mie­li moż­li­wość zapre­zen­to­wa­nia swo­ich koni w innej, nie tyl­ko wysta­wo­wej for­mie. Stworzyłyśmy ligę tak­że z myślą o tej gru­pie pasjo­na­tów koni, któ­rzy nie mają na tyle moż­li­wo­ści, umie­jęt­no­ści czy środ­ków na star­ty w zawo­dach kra­jo­wych czy czem­pio­na­tach. Starałyśmy się, i nadal to robi­my, tak­że za pośred­nic­twem DZHK we Wrocławiu, aby nasza impre­za tra­fia­ła do jak naj­szer­sze­go gro­na osób mają­cych dobre konie, ale któ­rym brak odwa­gi, by do nas przy­je­chać.

K.K.: – Mimo że liga wyglą­da bar­dzo pro­fe­sjo­nal­nie i repre­zen­tu­je już jakiś poziom, to wca­le nie ozna­cza, że nie ma w niej miej­sca dla cał­ko­wi­cie począt­ku­ją­cych powo­żą­cych czy mło­dych koni. Wręcz prze­ciw­nie – liga jest ide­al­ną impre­zą wła­śnie dla nich. We współ­pra­cy z DZHK we Wrocławiu PZHK zło­żył wnio­sek o uzna­nie naszej ligi jako polo­wej spor­to­wej pró­by zaprzę­go­wej dla kla­czy ślą­skich w nowym pro­gra­mie hodow­la­nym tej rasy. Dzięki temu każ­dy hodow­ca, któ­ry do tej pory przy­go­to­wy­wał swo­je konie do zakła­dów tre­nin­go­wych, będzie miał moż­li­wość samo­dziel­ne­go zapre­zen­to­wa­nia i spraw­dze­nia ich wła­śnie w naszej lidze.

Istnieją też inne ligi zaprzę­go­we, ale wasza jest wyjąt­ko­wa. Dlaczego?

J.K.: – Zależy nam przede wszyst­kim, aby DALZ była swe­go rodza­ju przed­szko­lem dla każ­de­go, kto chciał­by zacząć przy­go­dę z powo­że­niem. Ponieważ same nie­daw­no zaczy­na­ły­śmy, dosko­na­le wie­my, co tak napraw­dę jest potrzeb­ne. Naszym pierw­szym poważ­nym star­tem były zawo­dy kra­jo­we w 2014 r. Pamiętamy ten week­end dosko­na­le (śmiech) – nasza wie­dza co, z czym i jak była ogra­ni­czo­na do mini­mum. Dlatego sta­ra­my się, aby zasa­dy udzia­łu w lidze były bar­dzo przej­rzy­ste i zro­zu­mia­łe dla każ­de­go uczest­ni­ka. Dokładamy sta­rań do aktyw­ne­go prze­pły­wu infor­ma­cji, jeste­śmy otwar­te na wszel­kie uwa­gi, wąt­pli­wo­ści czy nawet zarzu­ty – nie boimy się ich, bo uwa­ża­my, że tyl­ko dia­log i słu­cha­nie potrzeb innych pro­wa­dzi do wspól­ne­go suk­ce­su i zado­wo­le­nia obu stron. Doskonale zda­je­my sobie spra­wę, że nie jeste­śmy w sta­nie usa­tys­fak­cjo­no­wać każ­de­go, zawsze jed­nak sta­ra­my się trak­to­wać innych tak, jak same chcia­ły­by­śmy być trak­to­wa­ne. Takie też jest mot­to naszej ligi – DALZ powstał z myślą o was i dla was.

K.K.: – Gdy czte­ry lata temu two­rzy­ły­śmy ligę, wie­le osób nie wró­ży­ło nam suk­ce­su. Przede wszyst­kim dla­te­go, że wpro­wa­dzi­ły­śmy kon­kurs ujeż­dże­nia, któ­re­go zwy­kle nie ma w typo­wych zawo­dach ama­tor­skich. Rzekomy strach przed tą pró­bą miał być głów­nym powo­dem nie­star­to­wa­nia w naszej lidze. Takie podej­ście jest myl­ne, bo nie moż­na oce­niać cze­goś, dopó­ki się tego nie spró­bo­wa­ło. Doskonałym przy­kła­dem jest start w IV edy­cji DALZ zawod­nicz­ki, któ­ra mia­ła wiel­kie oba­wy co do kon­kur­su ujeż­dże­nia. Jednak już po prze­je­cha­niu tej pró­by oka­za­ło się, że ujeż­dże­nio­wy dia­beł nie był wca­le taki strasz­ny. Nasi sędzio­wie – Paweł Mazurek i Czesław Konieczny – są bar­dzo tole­ran­cyj­ni, bo dosko­na­le zda­ją sobie spra­wę z pozio­mu umie­jęt­no­ści ama­to­rów. Ich obec­ność od same­go począt­ku ligi daje moż­li­wość obser­wa­cji pro­gre­su każ­de­go uczest­ni­ka i jego konia. Zawsze słu­żą radą i nawet zda­rza im się po zakoń­czo­nym prze­jeź­dzie podejść do zawod­ni­ka, by popra­wić dopa­so­wa­nie uprzę­ży czy dać cen­ne wska­zów­ki. W mara­to­nie czas mie­rzo­ny jest tyl­ko w prze­szko­dach, ale w prze­ci­wień­stwie do zawo­dów licen­cjo­no­wa­nych nie sto­su­je­my nor­my cza­su na całej tra­sie, by nie narzu­cać tem­pa zawod­ni­kom, a przede wszyst­kim koniom. Konkurs zręcz­no­ści rów­nież roz­gry­wa­my bez nor­my cza­su – w tej pró­bie liczy się pre­cy­zja i szyb­kość.

Co uczest­ni­kom dają star­ty w DALZ?

J.K.: – Nasza liga jest wstę­pem do poważ­niej­szych zawo­dów. Jej przy­ja­zna for­mu­ła pozwa­la na zdo­by­cie odpo­wied­nie­go doświad­cze­nia, nabra­nie oby­cia w tym spo­rcie i pozna­nie zasad roz­gry­wa­nia imprez zaprzę­go­wych. Dzięki temu uczest­nic­two w nich nie wią­że się już z takim stre­sem, stra­chem przed nie­zna­nym. Mamy kil­ku zawod­ni­ków, któ­rzy star­tu­jąc u nas, zdo­by­li już na tyle doświad­cze­nia, by spró­bo­wać swo­ich sił w zawo­dach kra­jo­wych. To na przy­kład Agata Kalinowska star­tu­ją­ca sin­glem i jej ojciec Jarosław, któ­ry powo­zi parą. W ubie­głym roku na zawo­dach kra­jo­wych w Siedlcu Trzebnickim uda­ło im się prze­je­chać czwo­ro­bo­ki na pozio­mie 52 – 53 pkt kar­nych, co jest napraw­dę dobrym wyni­kiem jak na ama­to­rów.

K.K.: – Można więc zauwa­żyć, że liga ma bar­dzo dobry wpływ na uczest­ni­ków i ich konie, uczy, jak jeź­dzić czwo­ro­bo­ki, mara­ton czy zręcz­ność. Porównując ich umie­jęt­no­ści na począt­ku ligi i obec­ne, widać znacz­ną róż­ni­cę, zwłasz­cza w spo­so­bie pro­wa­dze­nia konia. DALZ jest dosko­na­łym narzę­dziem do kształ­ce­nia przy­szłych zawod­ni­ków, któ­rzy mogą popra­wić fre­kwen­cję na zawo­dach licen­cjo­no­wa­nych. Cieszy to nas, bo jed­nym z naszych celów jest posze­rza­nie śro­do­wi­ska zaprzę­go­we­go i zara­ża­nie tą pasją kolej­nych osób.

Środowisko powo­że­nio­we w jeź­dziec­kim świe­cie ma opi­nię sła­bo zin­te­gro­wa­ne­go, tym­cza­sem sły­szy się, że DALZ to wyjąt­ko­wa impre­za, roz­gry­wa­na w przy­ja­znej atmos­fe­rze. Zawodnicy poma­ga­ją sobie i na doda­tek świet­nie się bawią. Jak wam się to uda­ło?

K.K.: – DALZ jest swe­go rodza­ju magne­sem. Jako orga­ni­za­tor­ki od począt­ku sta­ra­my się zapew­niać miłą, rodzin­ną atmos­fe­rę. Ośrodki, w któ­rych roz­gry­wa­ne są poszcze­gól­ne eli­mi­na­cje, pro­wa­dzą ludzie z pasją i o podob­nym nasta­wie­niu. Bardzo dużo zale­ży od nasze­go podej­ścia i od tego, na ile jeste­śmy otwar­ci wobec śro­do­wi­ska, w któ­rym chce­my zaszcze­pić miłość do zaprzę­gów. Ważne, aby nie pozo­sta­wać obo­jęt­nym na jakie­kol­wiek pro­ble­my czy nie­po­ro­zu­mie­nia, bo zawsze moż­na zna­leźć roz­wią­za­nie.

J.K.: – DALZ to jed­na wiel­ka rodzi­na, któ­rej przy­świe­ca jeden cel – powo­że­nie. Piękne jest to, że wszy­scy napraw­dę mają ogrom­ną fraj­dę z tego, że zapa­ku­ją sobie konia z brycz­ką, przy­ja­dą na zawo­dy i w gro­nie takich samych zapa­leń­ców będą ze sobą rywa­li­zo­wać. Obserwujemy ich od same­go począt­ku i nie­sa­mo­wi­te jest to, że za każ­dym razem gdy się spo­ty­ka­ją, to jeden dru­gie­mu poma­ga roz­ła­do­wać konie, brycz­kę, sia­no – i to wszyst­ko z uśmie­chem na twa­rzy. Dyskutują na róż­ne tema­ty, wymie­nia­ją się spo­strze­że­nia­mi, żar­tu­ją. Na naszych zawo­dach nie ist­nie­ją podzia­ły, a inte­gra­cja śro­do­wi­ska to pod­sta­wa zdro­wej rywa­li­za­cji. Każdy uczest­nik oto­czo­ny jest opie­ką orga­ni­za­to­rów i sędziów i zawsze może liczyć na pomoc innych zawod­ni­ków, któ­rzy z uśmie­chem na twa­rzy dora­dzą, poży­czą sprzęt, brycz­kę czy nawet zaj­mą miej­sce luza­ka. Dalzowicze sami two­rzą kli­mat, bo to oni są w tych zawo­dach naj­waż­niej­si.

Przed nami nowy rok. Czego wam życzyć?

J.K.: – Fajnie było­by mieć klo­na (śmiech). Jeden orga­ni­zo­wał­by DALZ, a dru­gi star­to­wał w zawo­dach. A tak na poważ­nie, to chcia­ły­by­śmy móc pogo­dzić jed­no i dru­gie. Obecnie do tre­nin­gu zaprzę­go­we­go wra­ca nasza dru­ga klacz – Karmela, któ­ra mia­ła dość dłu­gą prze­rwę z powo­du urlo­pu macie­rzyń­skie­go. Klara wyma­ga dal­sze­go szli­fo­wa­nia. Nie mówiąc już o nas samych, jak na ama­to­rów przy­sta­ło – tyl­ko jeź­dzić, jeź­dzić, jeź­dzić (śmiech).

K.K.: – Ten rok to V edy­cja DALZ, jubi­le­uszo­wa, co wią­że się z kolej­nym wyzwa­niem orga­ni­za­cyj­nym. Wraz z part­ne­ra­mi chce­my przy­go­to­wać coś spe­cjal­ne­go, ale czy nam się uda – czas poka­że. Bardzo chcia­ły­by­śmy zapro­sić do udzia­łu wszyst­kich, któ­rzy wciąż się waha­ją – już czas naj­wyż­szy zapa­ko­wać tego konia z brycz­ką czy bez i w koń­cu do nas przy­je­chać.

Więcej w Hodowla

Na górę